środa, 18 grudnia 2013

Miłuuujmy się...

Specyficzny przedświąteczny czas. Wielu z nas z obłędem w oczach szuka prezentów dla bliskich. Milion spraw do zrobienia "przed świętami". I ja. W markecie. Szukam pomarańczy, w skrzynkach ustawionych po ukosie. Szukam, grzebię. Nie lubię "tych macanych", więc przekładam te z wierzchu i wyciągam dla siebie sztuki ze spodu. Nagle stosik ze skrzynki obok sypie się na podłogę i na przystojniaka stojącego obok, boski Lolo w garniturku i aparycji co najmniej kierowniczej rzuca bluzgiem w moją stronę, sugerującym, żem k..wa.
Zagotował mnie, najchetniej bluzg bym odwzajemniła, ale nie...
Odparłam: Może i k..wa, ale i tak Cię nie stać. I patrzę mu bezczelnie w oczy.
Zdębiał. "przepraszam, poniosło mnie".

No szok, proszem Państwa. 

Hej ho, czytacze, zostawcie coś jako ślad swojej obecności. ;)

środa, 4 grudnia 2013

Już?!

Grudzien... Czy tylko ja tak mam, ze w drugiej dekadzie stycznia mentalnie jestem gotowa na Boże Narodzenie? Za szybko sie to dzieje wszystko...

Ryba psuje sie od głowy, a człowiek stygnie od stóp- kurka siwa... czy to juz mój czas?
 Wspaniałe skarpety widziałam u kolezanki. Cudny wynalazek- heat holders. Jeden nimus... cena oscylujaca wokół 50 zl...

Mikołaaaju, byłam grzeczna!

niedziela, 24 listopada 2013

Odkurzam :)

Nie sądziłam, ze az tyle minęło od poprzedniego wpisu.

Poprawię się, blogasiu. Obiecuje ;)

środa, 25 września 2013

Pozory mylą

Parking, późne popołudnie;
Idę w kierunku swojego samochodu, ale... z daleka widzę, że obok mojego pikusia zaparkowane stanowczo za blisko jest czarne BMW spod igły, w którym siedzą dwaj duzi panowie w typie ABS-hardkorowy koksu, autko na blachach angielskich, więc stoimy kierownica w kierownicę. Z duszą na ramieniu zastanawiam się, czy wsiądę bez zostawienia pyłka z płaszcza na drzwiach BMW czy nie, czyli krotko mówiąc dla mnie lepiej żebym się jednak zmieściła bez ocierania o ich cacuszko ;). Ale... Będąc już obok, zobaczyłam, ze jeden z panów karków (na siedzeniu kierowcy), trzyma na kolanach na oko dwulatka, przesłodkiego zresztą, szyba w drzwiach opuszczona, wiec wiele nie myśląc, zagaiłam do nich (swoją drogą nie wiem co mnie napadło ;D). Pochwaliłam chłopczyka, że pięknie się prezentuje za kierownicą, i na pewno będzie z niego świetny kierowca jak tylko urośnie i będzie z niego taki fajny duży chłopak jak "tu panowie" :D. Mniemam tatuś, totalnie ześwirowany na punkcie syna zaczął trajkotać na jego temat, chwalić go, a po dawnej marsowej minie nie pozostał nawet ślad ;). Potem zmartwił się "ojej, a my Pani tak mało miejsca zostawiliśmy, poradzi sobie Pani czy odjechać" (tiaaa :D), życzył mi miłego wieczoru, pozdrowił serdecznie, a chłopiec pomachał łapką na pożegnanie... A ja... ja zbierałam szczękę z kolan do najbliższych świateł. Ot, pozory mylą ;).

sobota, 14 września 2013

Sztuczna inteligencja

Szczotka do zębów, która wyłacza się kiedy "wie", ze umyłam zęby. Telewizor, który wyłącza się, kiedy wie, że śpię. Telefon, ktory z troską ostrzega, że długotrwałe słuchanie muzyki na najwyższej głośnosci, może mi zaszkodzic. Samochód z czujnikiem parkowania...

Czyli co, nie musimy już myśleć?

sobota, 7 września 2013

Przez płot

Uwielbiam rozmawiać z naszą sąsiadką przez płot. Nasz duży ogród sąsiaduje z działką Pani I. Właściwie odkąd pamiętam zawsze biegałam na koniec ogrodu, żeby zamienić kilka słów z nią. Przez innych postrzegana jako małomówna, może nawet mrukowata, ze mną rozmawiała zawsze (inną sprawą jest, że ja gadułą byłam od zawsze i właściwie z każdym umiem rozmawiać). Dziś nie inaczej, kiedy byłam z mamą na ogrodzie, rozmawiałyśmy o tym, że przydałoby się zerwać winogrona, póki szpaki się nim nie zainteresowały, ja żartowałam, że nastawimy wino, mama obstawiała produkcję soku. Pani I. podjęła temat zza płota ;). Podczas rozmowy właściwie na wszystkie tematy, dowiedziałam się, że:

-z bulw rośliny, która "przelazła" od niej do nas przez płot, nazwy niestety nie pamiętam (ale dopytam), robi się silnie zdrowotną sałatkę na raka- trzeba spróbować,
-jej też wbił się kolec z jeżyn pod paznokieć i męczy już rok (ja z kolei wbiłam kolce z ostu ozdobnego pod paznokieć również, dokucza mi już drugi miesiąc, chirurg kazał moczyć w szarym mydle- moczę i cierpliwie czekam na rozwój sytuacji),
-lotniarzom "do cholery dróg mało, to i nieba im się zachciało" :D, swoją drogą rzeczywiście sporo ich brzęczało nad głowami,

A na odchodne dostałam jeżyn i malin z jej ogródka. Relacje ludzi na wsi bardzo różnią się od tych, które tworzymy w mieście. Pomimo, że często sąsiedzi wiedzą o sobie dużo, może nawet za dużo, wolę to, aniżeli miejską anonimowość. Bardziej serdeczne rozmowy i relacje mam z sąsiadami niż dalszą rodzina (rodziną z nazwy), znaną tylko z wesel i pogrzebów, a reakcje na mój widok "o jak Ty wyrosłaś, pamiętam Cię jak byłaś o taka <ręka uniesiona metr nad ziemią> i miałaś takie kokardki na włosach, a włosy to masz piękne do tej pory" i przytaczany tabun kompromitujących mniej lub bardziej sytuacji z ostatniego spotkania. Taaak... ciociu... mam 25 lat, jak widzisz mierzę teraz 174 centymetry, a kokardek na włosach nie noszę od co najmniej 15 lat, nadal robię i mówię to, co myślę i w tej kwestii wiele się nie zmieniłam ;)


piątek, 6 września 2013

Autochtoni wśród nocnej ciszy

Mnie jest bardzo wszystko jedno jakie wyniki w sporcie (obojętnie jaka dyscyplina) odnoszą sportowcy naszej reprezentacji, ale na litość boską, nie trzeba chyba manifestować tego przeraźliwym darciem mordy na pół dzielnicy- wszak telewizor ma niemalże każdy, a kto tym zainteresowany (a nie ma TV) zorganizuje się z dostępem do uzyskania interesujących informacji. I obojętne, czy jest wygrana, remis, czy przegrana, drą się jednakowo. Podwórkowi autochtoni. Ehhh... Miejska dżungla.

Chory zont

Hmmm... Kazdy wie, jak wygląda horyzont. A widział ktoś zdrowyzont?

;)

piątek, 30 sierpnia 2013

Showman

Ehh... I znów będzie o incydencie podczas drogi tym razem z pracy. Wracam sobie dzisiaj tradycyjnie na rowerku, tradycyjnie chodnikiem, az tu nagle, zza zakrętu wyłania mi się taki oto widok: Policja na światłach, Straż pożarna na światłach, z łodką na przyczepce, również karetka mrugająca- są migacze jest impreza. Tłum gapiów i funkcjonariusze tychże służb. Rzecz dzieje się na nabrzeżu Rzeki. W związku z wrodzoną ostrożnością i oszczędnością, zapytałam mijanych po drodze ludzi czy to rowerzystów łapią, wrzucają do wody i sprawdzają czy umieją pływać, na co Pan odpowiedział: -a nie, to skoczek struga wariata.
Ahaaa... Asekuracyjnie zsiadłam z roweru i go prowadziłam. Będąc bliżej dostrzegłam "skoczka". Stał sobie nad brzegiem... Kawałek od niego policjanci, wśród nich pewnie negocjator. Tłum obok z wyciągniętymi dłońmi dzierżącymi telefony, dokumentował każdy ruch skoczka. Emocje na twarzach nieskalanych myślą sięgały zenitu. I pewna jestem, że za chwilę zaczęli ostawiać zakłady...

Ciekawa jestem, czy zaczęli klaskać jeśli skoczył.

czwartek, 29 sierpnia 2013

"W centralnej części miasta"...

Gwoli wprowadzenia: Mieszkam w mieście liczącym ponad 600 tys mieszkańców, jakiś czas temu, dzień jak co dzień, podczas drogi do pracy, którą pokonuję rowerem, zatrzymałam się w przejściu podziemnym, rzut beretem do centrum, miałam słuchawki na uszach, wcześniej rozmawiałam przez telefon, a kiedy "prowadzę" ;) nie trzymam telefonu przy uchu, bo i niebezpieczne to i drogie ;).
Do rzeczy. W nocy była burza, było więc bardzo parno, duszno, a w przejściu jeszcze cieplej... Zatrzymałam się obok sklepiku, zaczęłam przypinać rower. Niedaleko, obok filaru stał mężczyzna (i nic to nowego) o coś prosił. Takich jak on w każdym mieście jest mnóstwo. Na ogół ignoruję takich ludzi- zwykle zbierają na papierosy lub alkohol- do tego nie dołożę ani grosza. Ponieważ zapinanie zajęło mi chwilę, usłyszałam "proszę Pani, kupi mi pani wodę? Proszę pana, proszę mi kupić wodę"... Przechodziło obok niego na prawdę dużo ludzi- psychologia tłumu- skoro nikt, dlaczego akurat ja?
Poprosiłam ekspedientkę, żeby do zakupów doliczyła mi wodę. Wzięłam zakupy i wodę, podeszłam do Pana i bez słowa dałam mu wodę. Zrobiło mi się strasznie przykro, ponieważ człowiek nie wyglądał jak typowy Pan Bakteria- był czysty, ogolony, nie śmierdział, ot, normalny facet. Był natomiast cały mokry.
Może było mu słabo, na pewno sie źle czuł... Ale każdy go "zlewał". Być może czyjś ojciec, brat, członek rodziny. Rownie dobrze mogło trafić na kogoś z naszej rodziny czy grona znajomych. Nie prosił o wódkę czy piwo, nie prosił o fajkę, prosił o wodę. Podstawowy artykuł potrzebny do przeżycia. W kraju, w którym miażdżąca większość jest zdeklarowanymi katolikami, nie napojono spragnionego... Nie deklaracje, piękne słowa, a czyny. Wystarczą nawet te drobne :)

Odeszłam od niego ze łzami w oczach. Nie radzę sobie z bezsilności w takich sytuacjach.

Hej, otwórz oczy :)

czwartek, 22 sierpnia 2013

O wiejskich "maco"... Ma co, to pokazuje

Refleksja męsko damska Pana Y. konesera trunków wszelakich zasłyszana w sklepie wiejskim:
"Facet, który nie ma żony i kochanki, to dupa, a nie facet".


Zakupy kształcą ;) 


Piosenka extras w klimacie ;)

czwartek, 15 sierpnia 2013

na początek o czworonogach

Podejście numer... ;)
Muszę się "rozpisać", jeśli komuś przyniesie to radość (oprócz mi radości właśnie i pożytku), super :).
Cieszą mnie drobne rzeczy. Nie wiem, czy to drobiazgowość natrętna, czy pewien dar. W każdym razie, ostatnio po wielu miesiącach zimowania w zamrażarce znalazłam loda na patyku. Ponieważ był już chwilę po terminie przydatności nie zjadłam go, ale wyrzucić też jakoś szkoda. Wyszłam więc na podwórko i korzystając z okazji psiego rozleniwienia, stanęłam i czekałam, który z wielmożnych czworonogów raczy pierwszy wyjść z budy. Pofatygował się Łatuś (o jego historii szerzej później). Podeszłam z odwiniętym lodem na patyku, kucnęłam i łagodnie (do niego tylko tak można) mówię, żeby jadł, pies najpierw jak to w psim zwyczaju obwąchał nieznany dotąd smakołyk, po czym zaczął delikatnie gryźć. Nie szło mu to gryzienie, bo i smak obcy zupełnie, i konsystencja obca, zaczął najnormalniej w świecie loda lizać jak... człowiek! :D Cieszyłam się jak durnowata, szkoda, ze nikt oprócz mnie nie widział tej osobliwej konsumpcji, ale... nastepnym razem kupię mu jakiś malutki lód i nakręcę filmik ;). Cieszyłam się również, ze drugi czworonóg nie widział, jak Łatuś je- na pewno byłoby mu przykro, a lód tylko jeden :). Muszę tylko sprawdzić, czy lody nie szkodzą psom (dokładniej śmietankowe wnętrze polane jakimś sorbetem) :). Nasze pieski są... specyficzne. Łatuś to przybłęda. Trafił na naszą wieś jakieś 5 lat temu przed wakacjami (...), pałętał się po ulicy, a że jest to droga wojewódzka o dużym natężeniu ruchu, pewnie szybko skończyłby pod kołami jakiegoś samochodu :(. Mama widząc kolejnego nieszczęśnika, wyniosła mu karmy w woreczku, pies jednak poszedł za nią, wszedł na podwórko i... został. Nie miała go sumienia wygnić z powrotem na ulicę. Poźniej opowiadała, że kiedy Łatek wszedł z nią na podwórko, zapytała go "to co, Twoje podwórko, zostajesz?" spojrzał na nią takim wzrokiem... I został. Na niczyj widok nie cieszy się tak bardzo, jak mamy. Wdzięczność przygarniętego psa nie ma granic. Tak szczerego uczucia na próżno szukać gdziekolwiek. Drugi pies, Oddie jest świadomie przyjętym członkiem rodziny, wychował się z nami od szczeniaka, szalony temperament i szelmowska uroda daje kształt ostateczny tego cudnego stworka ;), kiedy był mały pewnego razu jedlismy obiad w ogrodzie, a że piesek plątał się pomiędzy krzesłami i żebrzącym wzrokiem prosił o smakołyk, rzuciłam mu frytkę :D niczego tak nie obszczekał w tamtym czasie jak tej frytki właśnie ;).