Ehh... I znów będzie o incydencie podczas drogi tym razem z pracy. Wracam sobie dzisiaj tradycyjnie na rowerku, tradycyjnie chodnikiem, az tu nagle, zza zakrętu wyłania mi się taki oto widok: Policja na światłach, Straż pożarna na światłach, z łodką na przyczepce, również karetka mrugająca- są migacze jest impreza. Tłum gapiów i funkcjonariusze tychże służb. Rzecz dzieje się na nabrzeżu Rzeki. W związku z wrodzoną ostrożnością i oszczędnością, zapytałam mijanych po drodze ludzi czy to rowerzystów łapią, wrzucają do wody i sprawdzają czy umieją pływać, na co Pan odpowiedział: -a nie, to skoczek struga wariata.
Ahaaa... Asekuracyjnie zsiadłam z roweru i go prowadziłam. Będąc bliżej dostrzegłam "skoczka". Stał sobie nad brzegiem... Kawałek od niego policjanci, wśród nich pewnie negocjator. Tłum obok z wyciągniętymi dłońmi dzierżącymi telefony, dokumentował każdy ruch skoczka. Emocje na twarzach nieskalanych myślą sięgały zenitu. I pewna jestem, że za chwilę zaczęli ostawiać zakłady...
Ciekawa jestem, czy zaczęli klaskać jeśli skoczył.
piątek, 30 sierpnia 2013
czwartek, 29 sierpnia 2013
"W centralnej części miasta"...
Gwoli wprowadzenia: Mieszkam w mieście liczącym ponad 600 tys mieszkańców, jakiś czas temu, dzień jak co dzień, podczas drogi do pracy, którą pokonuję rowerem, zatrzymałam się w przejściu podziemnym, rzut beretem do centrum, miałam słuchawki na uszach, wcześniej rozmawiałam przez telefon, a kiedy "prowadzę" ;) nie trzymam telefonu przy uchu, bo i niebezpieczne to i drogie ;).
Do rzeczy. W nocy była burza, było więc bardzo parno, duszno, a w przejściu jeszcze cieplej... Zatrzymałam się obok sklepiku, zaczęłam przypinać rower. Niedaleko, obok filaru stał mężczyzna (i nic to nowego) o coś prosił. Takich jak on w każdym mieście jest mnóstwo. Na ogół ignoruję takich ludzi- zwykle zbierają na papierosy lub alkohol- do tego nie dołożę ani grosza. Ponieważ zapinanie zajęło mi chwilę, usłyszałam "proszę Pani, kupi mi pani wodę? Proszę pana, proszę mi kupić wodę"... Przechodziło obok niego na prawdę dużo ludzi- psychologia tłumu- skoro nikt, dlaczego akurat ja?
Poprosiłam ekspedientkę, żeby do zakupów doliczyła mi wodę. Wzięłam zakupy i wodę, podeszłam do Pana i bez słowa dałam mu wodę. Zrobiło mi się strasznie przykro, ponieważ człowiek nie wyglądał jak typowy Pan Bakteria- był czysty, ogolony, nie śmierdział, ot, normalny facet. Był natomiast cały mokry.
Może było mu słabo, na pewno sie źle czuł... Ale każdy go "zlewał". Być może czyjś ojciec, brat, członek rodziny. Rownie dobrze mogło trafić na kogoś z naszej rodziny czy grona znajomych. Nie prosił o wódkę czy piwo, nie prosił o fajkę, prosił o wodę. Podstawowy artykuł potrzebny do przeżycia. W kraju, w którym miażdżąca większość jest zdeklarowanymi katolikami, nie napojono spragnionego... Nie deklaracje, piękne słowa, a czyny. Wystarczą nawet te drobne :)
Odeszłam od niego ze łzami w oczach. Nie radzę sobie z bezsilności w takich sytuacjach.
Hej, otwórz oczy :)
Do rzeczy. W nocy była burza, było więc bardzo parno, duszno, a w przejściu jeszcze cieplej... Zatrzymałam się obok sklepiku, zaczęłam przypinać rower. Niedaleko, obok filaru stał mężczyzna (i nic to nowego) o coś prosił. Takich jak on w każdym mieście jest mnóstwo. Na ogół ignoruję takich ludzi- zwykle zbierają na papierosy lub alkohol- do tego nie dołożę ani grosza. Ponieważ zapinanie zajęło mi chwilę, usłyszałam "proszę Pani, kupi mi pani wodę? Proszę pana, proszę mi kupić wodę"... Przechodziło obok niego na prawdę dużo ludzi- psychologia tłumu- skoro nikt, dlaczego akurat ja?
Poprosiłam ekspedientkę, żeby do zakupów doliczyła mi wodę. Wzięłam zakupy i wodę, podeszłam do Pana i bez słowa dałam mu wodę. Zrobiło mi się strasznie przykro, ponieważ człowiek nie wyglądał jak typowy Pan Bakteria- był czysty, ogolony, nie śmierdział, ot, normalny facet. Był natomiast cały mokry.
Może było mu słabo, na pewno sie źle czuł... Ale każdy go "zlewał". Być może czyjś ojciec, brat, członek rodziny. Rownie dobrze mogło trafić na kogoś z naszej rodziny czy grona znajomych. Nie prosił o wódkę czy piwo, nie prosił o fajkę, prosił o wodę. Podstawowy artykuł potrzebny do przeżycia. W kraju, w którym miażdżąca większość jest zdeklarowanymi katolikami, nie napojono spragnionego... Nie deklaracje, piękne słowa, a czyny. Wystarczą nawet te drobne :)
Odeszłam od niego ze łzami w oczach. Nie radzę sobie z bezsilności w takich sytuacjach.
Hej, otwórz oczy :)
czwartek, 22 sierpnia 2013
O wiejskich "maco"... Ma co, to pokazuje
Refleksja męsko damska Pana Y. konesera trunków wszelakich zasłyszana w sklepie wiejskim:
"Facet, który nie ma żony i kochanki, to dupa, a nie facet".
Zakupy kształcą ;)
Piosenka extras w klimacie ;)
"Facet, który nie ma żony i kochanki, to dupa, a nie facet".
Zakupy kształcą ;)
Piosenka extras w klimacie ;)
czwartek, 15 sierpnia 2013
na początek o czworonogach
Podejście numer... ;)
Muszę się "rozpisać", jeśli komuś przyniesie to radość (oprócz mi radości właśnie i pożytku), super :).
Cieszą mnie drobne rzeczy. Nie wiem, czy to drobiazgowość natrętna, czy pewien dar. W każdym razie, ostatnio po wielu miesiącach zimowania w zamrażarce znalazłam loda na patyku. Ponieważ był już chwilę po terminie przydatności nie zjadłam go, ale wyrzucić też jakoś szkoda. Wyszłam więc na podwórko i korzystając z okazji psiego rozleniwienia, stanęłam i czekałam, który z wielmożnych czworonogów raczy pierwszy wyjść z budy. Pofatygował się Łatuś (o jego historii szerzej później). Podeszłam z odwiniętym lodem na patyku, kucnęłam i łagodnie (do niego tylko tak można) mówię, żeby jadł, pies najpierw jak to w psim zwyczaju obwąchał nieznany dotąd smakołyk, po czym zaczął delikatnie gryźć. Nie szło mu to gryzienie, bo i smak obcy zupełnie, i konsystencja obca, zaczął najnormalniej w świecie loda lizać jak... człowiek! :D Cieszyłam się jak durnowata, szkoda, ze nikt oprócz mnie nie widział tej osobliwej konsumpcji, ale... nastepnym razem kupię mu jakiś malutki lód i nakręcę filmik ;). Cieszyłam się również, ze drugi czworonóg nie widział, jak Łatuś je- na pewno byłoby mu przykro, a lód tylko jeden :). Muszę tylko sprawdzić, czy lody nie szkodzą psom (dokładniej śmietankowe wnętrze polane jakimś sorbetem) :). Nasze pieski są... specyficzne. Łatuś to przybłęda. Trafił na naszą wieś jakieś 5 lat temu przed wakacjami (...), pałętał się po ulicy, a że jest to droga wojewódzka o dużym natężeniu ruchu, pewnie szybko skończyłby pod kołami jakiegoś samochodu :(. Mama widząc kolejnego nieszczęśnika, wyniosła mu karmy w woreczku, pies jednak poszedł za nią, wszedł na podwórko i... został. Nie miała go sumienia wygnić z powrotem na ulicę. Poźniej opowiadała, że kiedy Łatek wszedł z nią na podwórko, zapytała go "to co, Twoje podwórko, zostajesz?" spojrzał na nią takim wzrokiem... I został. Na niczyj widok nie cieszy się tak bardzo, jak mamy. Wdzięczność przygarniętego psa nie ma granic. Tak szczerego uczucia na próżno szukać gdziekolwiek. Drugi pies, Oddie jest świadomie przyjętym członkiem rodziny, wychował się z nami od szczeniaka, szalony temperament i szelmowska uroda daje kształt ostateczny tego cudnego stworka ;), kiedy był mały pewnego razu jedlismy obiad w ogrodzie, a że piesek plątał się pomiędzy krzesłami i żebrzącym wzrokiem prosił o smakołyk, rzuciłam mu frytkę :D niczego tak nie obszczekał w tamtym czasie jak tej frytki właśnie ;).
Muszę się "rozpisać", jeśli komuś przyniesie to radość (oprócz mi radości właśnie i pożytku), super :).
Cieszą mnie drobne rzeczy. Nie wiem, czy to drobiazgowość natrętna, czy pewien dar. W każdym razie, ostatnio po wielu miesiącach zimowania w zamrażarce znalazłam loda na patyku. Ponieważ był już chwilę po terminie przydatności nie zjadłam go, ale wyrzucić też jakoś szkoda. Wyszłam więc na podwórko i korzystając z okazji psiego rozleniwienia, stanęłam i czekałam, który z wielmożnych czworonogów raczy pierwszy wyjść z budy. Pofatygował się Łatuś (o jego historii szerzej później). Podeszłam z odwiniętym lodem na patyku, kucnęłam i łagodnie (do niego tylko tak można) mówię, żeby jadł, pies najpierw jak to w psim zwyczaju obwąchał nieznany dotąd smakołyk, po czym zaczął delikatnie gryźć. Nie szło mu to gryzienie, bo i smak obcy zupełnie, i konsystencja obca, zaczął najnormalniej w świecie loda lizać jak... człowiek! :D Cieszyłam się jak durnowata, szkoda, ze nikt oprócz mnie nie widział tej osobliwej konsumpcji, ale... nastepnym razem kupię mu jakiś malutki lód i nakręcę filmik ;). Cieszyłam się również, ze drugi czworonóg nie widział, jak Łatuś je- na pewno byłoby mu przykro, a lód tylko jeden :). Muszę tylko sprawdzić, czy lody nie szkodzą psom (dokładniej śmietankowe wnętrze polane jakimś sorbetem) :). Nasze pieski są... specyficzne. Łatuś to przybłęda. Trafił na naszą wieś jakieś 5 lat temu przed wakacjami (...), pałętał się po ulicy, a że jest to droga wojewódzka o dużym natężeniu ruchu, pewnie szybko skończyłby pod kołami jakiegoś samochodu :(. Mama widząc kolejnego nieszczęśnika, wyniosła mu karmy w woreczku, pies jednak poszedł za nią, wszedł na podwórko i... został. Nie miała go sumienia wygnić z powrotem na ulicę. Poźniej opowiadała, że kiedy Łatek wszedł z nią na podwórko, zapytała go "to co, Twoje podwórko, zostajesz?" spojrzał na nią takim wzrokiem... I został. Na niczyj widok nie cieszy się tak bardzo, jak mamy. Wdzięczność przygarniętego psa nie ma granic. Tak szczerego uczucia na próżno szukać gdziekolwiek. Drugi pies, Oddie jest świadomie przyjętym członkiem rodziny, wychował się z nami od szczeniaka, szalony temperament i szelmowska uroda daje kształt ostateczny tego cudnego stworka ;), kiedy był mały pewnego razu jedlismy obiad w ogrodzie, a że piesek plątał się pomiędzy krzesłami i żebrzącym wzrokiem prosił o smakołyk, rzuciłam mu frytkę :D niczego tak nie obszczekał w tamtym czasie jak tej frytki właśnie ;).
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)